Podróże w głąb

Jako, że to właśnie w Cigacicach stacjonuje nasz Statek Kultury – „centrum operacyjne” projektów takich jak Laboratorium Rejs – na cigacicką przystań trafiam latem bardzo często, i zawsze czuję się jak w domu. Prowadzą ją bracia Włosi, synowie Krewkiego Romana, niezastąpionego bosmana portu Cigacice: Piotr odpowiada za turystyczne rejsy galarami, Tomek za bar i imprezy – obaj za filozofię 100% DIY (do it yourself, zrób to sam, sam zrób sobie bar i galar, na których pracujesz) i niepowtarzalną duszę tego miejsca, wyłowioną chyba prosto z rzeki, jak te piękne sumy, które z ręki wędkarza zaraz wędrują uświetnić tutejszą kuchnię. Ale klimat przystani i właściwie całego portu to nie tylko malownicza bliskość Odry, serce i ręka Włochów – to także liczne dobre duchy, które pokochały to miejsce i nieustannie tu wracają. Niektóre z nich zadomowiły się tu wręcz na stałe. O jednym chciałbym opowiedzieć.

Dawno już moją uwagę zwróciła stara, niebiesko-biała, kryta łódź motorowa, cumowana do pomostów pływakowych. Widać, że swoje już przepłynęła, a jednak sączy się z niej jakiś bajkowy wigor i smukłość wielu nurtów. Czasami znika, nawet na kilka dni, zawsze jednak wraca na miejsce. Uwielbiam na nią patrzeć; w głowie nazwałem ją sobie Łódką-Piratką, albo Wędrowniczką; taki mini-domek na wodzie – gdyby był lądowy, stałby na kurzej nóżce.

Któregoś dnia, zapewne nieopodal przystannego baru poznaję Macieja, faceta koło czterdziestki w płóciennej, pełnej wiatru koszuli. Łazi ze starym akordeonem; trochę włóczymy się po okolicy, wydobywając z niego kocie, niepołatane dźwięki i rozmawiając o wędrówkach. Maciej to prawdziwy piechur, nogi potrafiły go nosić aż na niemieckie Łużyce, z Gorzowa do Zielonej Góry (gdzie mieszka), czy z Zielonej Góry hen do Wolimierza w Górach Izerskich. O tych Łużycach, i zamieszkujących je Serbołużyczanach rozmawiamy więcej, gdy trafiamy do nas na pokład barki, na kawę: Maciej dobrze się rozeznaje w zaskakującej, słowiańskiej historii tej bagnistej krainy rozciągającej się tuż za naszą zachodnią granicą, na rozlewiskach Łaby i Sprewy . Ale dopiero, kiedy w rewanżu zaprasza mnie do siebie, by zapykać fajeczkę (cóż, w Cigacicach ludzie często odwiedzają się nie w domach, a na pokładach), okazuje się, że towarzysz od piłowania akordeonu i tajemniczy, nieznany właściciel „mojej” Piratki to jedna i ta sama osoba.

Łódź trafiła do Macieja cztery lata temu. Kupił ją w Głogowie i cztery dni płynął do Cigacic. Wcześniej ze dwa lata już pływał własnymi łódkami, ale przygoda z Odrą ciągnie się tak naprawdę od piętnastu lat. Pochodząc z Zielonej Góry, Cigacice zna od dziecka; przejeżdżając przez most zawsze czuł dreszcz tajemnicy nieodkrytego świata. Ale rzeki nie da się poznać z perspektywy mostu czy drogi: jesteś nad rzeką, a jednocześnie zupełnie gdzieś indziej niż ona. Maciej zrozumiał to w pełni, gdy w końcu pewnego razu puścił się z kumplem tratwą z tych Cigacic. Spływ miał trwać pół dnia, a ostatecznie trwał tydzień – dopłynęli do Szczecina. No i zaskoczyło. Zaczęło się pływanie tratwami i rzecznym autostopem na barkach, głównie po Odrze. Odra zachwyca i dosłownie porywa, może przez to „zdziczenie”, o którym napomyka Maciej: idealna rzeka na „podróże w głąb”. Tak określa swoje odrzańskie eskapady. Bo w międzyczasie trochę podróżował, wędrownicza natura nie pozwalała zagrzać miejsca. A jednak ostatecznie wrócił w rodzinne strony – pod nosem, w cigacickim porcie odnalazł swój mentalny dom: lokalny, swojski i zarazem zupełnie nomadyczny.

Podróż w głąb charakteryzuje się tym, że wcale nie musi być podróżą w dal. Możesz ją odbyć tuż za płotem. To podróż nie tylko w głąb krajobrazu, w głąb natury, ale i w głąb siebie. W głąb „tu i teraz”. Rzeka jest niczym magiczna furtka, momentalnie pozwala wyjść z cywilizacyjnych labiryntów. Biegnie w poprzek asfaltowych szlaków, jak gdyby w innym wymiarze. Zostawiasz w samochodzie swoje miejskie życie, schodzisz na pomost i zaczynasz żyć na rzece, żyć rzeką, jej energią, jej pulsem.

Żywisz się w szuwarach, eksplorujesz tajemne, zarosłe lasem koryta starorzecza, palisz ogniska i śpisz na efemerycznych wyspach, spotykasz się w jednym nurcie z innymi piratami rzecznych przygód, a wszystko, każdy taki sen i każde spotkanie, dzieje się jakby bardziej – bardziej intensywnie, bo bardziej jesteś zdany tylko na siebie, lub na pomocną dłoń z drugiego pokładu pośród głuszy.

Maciej wyrywa się z zielonogórskiego mieszkania i wpada na przystań, kiedy tylko może. Wypływa czasem na pół dnia, a czasem na ponad tydzień – „siedzieć w krzakach”, jak to mawia. Zdarza mu się pływać nawet zimą, Piratka miała już okazję kruszyć krę. Na niewielkim pokładzie jest bardzo skromnie, ale przecież naprawdę niewiele trzeba, kiedy za burtą płynie cały świat. W „normalnym” życiu (pytanie, które jest normalne?) zajmuje się m.in. alternatywnymi formami edukacji, ale tę aktywność również stara się włączać w przestrzeń swojego Wewnętrznego Wędrowca: w ramach zajęć często zabiera swoich podopiecznych z tzw. wolnej szkoły demokratycznej w Zielonej Górze na wyprawy w głąb Odry i jej brzegów.

To nie tylko eksploracje natury, ale też zjawisk i pozostałości kulturowych, międzyludzkich, które w ciągu czasów kwitły, i nadal kwitną, chowają się na tych brzegach, jak i na tysiącach płynących wzdłuż nich pokładów. Warto rzeką zarażać, bo jest czym się zaskoczyć. Któregoś dnia Maciej zabiera mnie, wraz z kilkuosobową kompanią, pożyczonym od Piotra galarem może pół godzinki od przystani w górę rzeki. Z lewej strony okazuje się mieć tu ujście piękna, niezwykle czysta, pełna ryb Obrzyca, w którą wnikamy na kilometr, aby się wykąpać. Nigdy bym nie przypuszczał, że rzut beretem od Cigacic do Odry wpływa woda tak czysta, że właściwie można ją pić. „Ale najciekawszych miejsc to ja nie zdradzam!” – śmieje się Maciej. Miejsce z innego świata może znajdować się 15 km od Zielonej Góry. Ale dopóki samemu nie trafisz, nie zrozumiesz.