Krośnieński barok

Na warsztaty filmowe w Krośnie Odrzańskim Iza przylatuje aż z Oslo. Polka około 30-tki, filigranowa, sprawiająca wrażenie nieśmiałej, ale zarazem żadnej nowej wiedzy i doświadczeń. Ciągnie ją do filmu; w Norwegii imała się przeróżnych kreatywnych zajęć, działała nawet na planach zdjęciowych czy przy postprodukcji, ale w bardziej bezpośrednim procesie tworzenia dzieła filmowego dotychczas nie zdarzyło jej się uczestniczyć. Chce spróbować samodzielnej realizacji: stąd pomysł na wakacje w Rejsie, o którym dowiaduje się od przyjaciółki. Swoją drogą, nietypowe wakacyjne kierunki wyznacza Laboratorium, przyciągając kogoś z najbardziej malowniczego kraju Europy na przeciętną lubuską prowincję, która latem kojarzy się raczej z wyludnieniem niż robieniem filmów. No, ale w końcu lubimy pływać pod prąd. Iza trafia pod instruktorskie skrzydła naszej Kasi – z mglistą wizją, za to z jasno sprecyzowaną motywacją. Przyjeżdża z własnym, świetnym aparatem i z jego użyciem chce szlifować operatorską zajawkę; pragnie też spróbować swoich sił w montażu. Mniej interesuje ją sama tematyka i stricte dokumentalny przekaz: właściwie przyjechała tu dopiero szukać inspiracji do tego, o czym w ogóle chciałaby zrobić film. Wszelako bardziej, niż na dokumentalny realizm, nastawiona jest na poetycką impresję o krośnieńskiej codzienności i zwyczajności.

Kaśka, często słuchająca głosów intuicji, po wstępnych rozmowach z warsztatowiczką, szybko poznaje nas ze sobą. Pada propozycja wspólnej pracy. Sfokusowanie Izy na mowie obrazu i jej otwartość na formułę eksperymentu zostawia duże pole dla dźwiękowych poszukiwań, na które zawsze jestem chętny: warsztatowe realia nieczęsto kierują w stronę bardziej abstrakcyjnych, swobodnych form audiowizualnych. Praca nad taką etiudą to okazja ciekawej i twórczej podróży – wchodzę w to! Dyskusji i poznawania się jest zatem niewiele, planów jeszcze mniej: nie wiemy o czym będziemy robić film; bierzemy pod pachę aparat, statyw, słuchawki, rejestrator dźwięku, i we dwoje ruszamy w Krosno. Piękna pogoda, początek lata, początek rejsu, miasto-umysł jak tabula rasa – niechże poniesie nas strumień rzeczywistości! – Strumieniem, który z miejsca nas porywa, jest pewne szczególne zjawisko: niekończący się, pełznący przez most sznur samochodów.

Ów uliczny fenomen będzie nam towarzyszył przez cały pobyt w Krośnie, ale po raz pierwszy zwracam na niego uwagę właśnie wtedy, gdy startujemy na filmowy spacer – z laboratoryjnego „obozu” przy pięknie położonej kei – gdzie cumują nasze jednostki, gdzie rozbiliśmy kino-jurtę i kilka namiotów sypialnych – a nad keją, terasami i łąkami łęgowymi góruje stuletni most żelazny, jedyny łączący w Krośnie brzegi Odry. Krosno od dawna cierpi na brak obwodnicy i ten samotny przejazd generuje nad wyraz długi korek, którego dojmujący szum ślimaczy się przez całe miasto, cały dzień. Wyznacza to miastu jakąś niepokojącą oś, gdzieś ze starej, zabytkowej części hen, w nową część, przez most żelazny, i nazad; wijący się, długi ogon pomruku. Tej osi – silników i spalin – chwyta się nasza wyprawa. Przynajmniej początkowo, wychodzi to jakoś naturalnie; po prostu pierwszym pomysłem na dokument, jaki przychodzi ci na myśl, kiedy koczujesz tu nad rzeką, ze stalową, szumiącą inżynierią, która opasa ci rzekę ponad głową, jest ten drogowy zator. Dziwna jakaś metafora, o niewiadomym znaczeniu. Zjawisko organizacji życia w cieniu dysfunkcyjnego ruchu, pęknięta organizacja przestrzeni. Na pozór jednoznacznie negatywne – nabiera dla mnie głębszego wydźwięku w miarę kręcenia zdjęć i nasłuchów.

Dużo czasu spędzamy na moście, chwytając ten ruch, z tłem rzeźbionym w nitowane przęsła, z barką w oddali, tonącą na mieliźnie w zachodzącym słońcu – ruch rwany, dławiący się bez końca, ale zarazem mający swój rytm – rytm świateł, przechodniów, tnących go na pasach – mamrocze swą wahadłową historię, biegnącą w dwie przeciwne strony. Dajemy się jej ponieść w lewobrzeże, w rejon dawnego Krosna; wąż samochodów ciągnie się nieopodal ruin piastowskiego zamku Henryka Brodatego (w mieszczącym się w jego murach centrum artystyczno-kulturalnym Laboratorium Rejs prowadzi zajęcia warsztatowe). Ale takie historie jakoś się nas nie imają. Wypatrujemy raczej ulotnych sytuacji ludzkich, pieszych, często jakby zawieszonych w sobie na ławeczkach i skwerach, odciętych od siebie niezbywalnym sznurem pojazdów (komunikacja samochodowa momentami zdaje się płynąć w zupełnie innym wymiarze niż reszta ulicznego życia, znacznie wolniej, z jakimś geologicznym wręcz upływem czasu, w dodatku nie nieść ze sobą jakichkolwiek kierowców).

Wypatrujemy mikroklimatu podwórek, obwieszonych tajemniczymi ozdobami, gdzie stare, miejscowe twarze kamuflują się w palonej, cienistej czerwieni murów. Podglądamy mikroświaty witryn sklepowych, zaludnionych przez żyjące samopas manekiny. Śledzimy geometryczne melancholie urbanistycznych rozwiązań. Iza ma świetne wyczucie kompozycji kadru; jej statyczne, kontemplacyjne zdjęcia stają się coraz bardziej odludne, zamyślone w przestrzennych układach i zestawieniach; jednocześnie wspólnie nakręcamy się na kolejne tropy, plenery, obrazy… Majestatyczne rzędy bram i balkonów; tajemniczy prześwit na las w muszli amfiteatru; martwy plac zabaw na tle ogromnego pustostanu pośrodku zamieszkałego osiedla. W moich uszach nabierają te zdjęcia jakiegoś niepokojącego ciężaru: nagrywam i buduję do nich małe kompozycje ludzkiej nieobecności: odgłosy kroków na wielkich pustych placach, suchy szelest traw, pogłosy z trzewi rdzewiejących rur nad rzeką… Nie wiedzieć jak i kiedy, czkawka miejskiej arterii wypluwa nas z prawego brzegu Odry, po dwóch dniach wycieczek.

Mamy mnóstwo intrygujących zdjęć i dźwięków. Decydujemy się w nie wprowadzić fikcyjny wątek anonimowego, szalonego muzyka, który wspomniany plac zabaw traktuje jak surrealistyczny rodzaj instrumentarium, opuszczone podwórza jako sale koncertowe, a niesamowite złomowisko, które odkrywamy na skraju miasta na koniec podróży – bierze za swój gargantuiczny warsztat dźwiękowy. Ujęcia ze świata złomu w obiektywie Izy to czyste malarstwo, krośnieński industrialny barok, z postacią grajka bez piątej klepki, opętanego pośród gór metalowych śmieci. Niech nas poniesie strumień wyobraźni! Nigdy bym się nie pomyślał, że nieznane mi wcześniej, niezbyt zachęcające do eksploracji Krosno, w ciągu kilku dni warsztatów z Laboratorium Rejs stanie się tak bliskim i cennym kosmosem. Tworzenie filmu może być fascynującą, zaskakującą przygodą, podróżą przez dzikie krainy zwyczajnych osiedli – a to w końcu tylko etap zbierania materiałów. Na tym etapie nasze wizje – wizja dźwiękowca i wizja operatorki – mocno się już krystalizują i, co więcej, zaczynają różnić. Ale może właśnie takie napięcia, owe tarcia perspektyw czynią pracę nad filmem tak ciekawą?