Felix – historia przeklętego statku, cz. 3 (ostatnia)

– No to ci powiem moment. No kurwa, leżysz w nocy, kurwa, słyszysz, po dachu ktoś zapierdala, no normalnie słyszysz, ktoś chodzi po dachu. Drzwi masz, kurwa, otwarte, drzwi się, kurwa, ci przymykają – za moment się znowu otwierają. I czujesz, czujesz, że ktoś, kurwa, jest. Że ktoś jest, czujesz czyjąś obecność – powiada później Zbyszek.

Załogantów jest dwóch, ale właściwie ciągle trzech. A właściwie to czterech. To wychodzi pod sam koniec wizyty, następnego dnia. – A najczęściej jest u tego, u Zdzicha. Przecież ja za ścianą mam tamtą kajutę, za ścianą. Wiem, że Zdzicha nie ma – ja leżę se, kurde tego – a normalnie jego kojo skrzypi. Jakby ktoś był i się na koju obracał – popijając w kambuzie wczesnopopołudniową wódkę, Zbyszek przywołuje nieobecnego bosmana, co uszedł ze statku, nie wytrzymawszy ciśnienia, choć niejako wciąż nie może odejść. – Jest jakiś czwarty załogant, tajny – kwituje Tomek. Duchy wychodzą na pokład w najpotworniejszym słońcu, niby oznaki zbliżającej się, przedwczesnej ewakuacji – do wieczora nie wytrzymują już ani filmowcy, ani marynarze, ani one. Minionej właśnie nocy, siedząc z Tomkiem przy grillu ze stołka, miednicy i wózka z supermarketu, robi mi się słabo, kiedy opowiada, do jakich temperatur potrafi się rozgrzać „ta puszka złomu”: zapieprzasz godzinami w maszynowni – może z 60 stopni na karku – a w nocy wracasz na sen do kajuty, gdzie masz wciąż 35. Śpimy więc na pokładzie, pod nagim niebem, rozgwieżdżonym w tym pustkowiu aż do obłędu, a ja zastanawiam się, czy kapitan ze sternikiem są w stanie dostrzec z tego pokładu, z tego punktu piękno eksplodującego we wszystkie kierunki świata.

Ale nie chodzi tylko o upał. Właściwie wszystko, co chcieliśmy nagrać, mamy już nagrane – albo i więcej. Życie. Za dużo. Życie zatrzymane w nurcie, znieruchomiałe we własnym przemijaniu. Zmęczone przetrzymywaniem w rękach (w burtach) czystego ekstraktu chwili; podgniwające sobą jak stojąca woda. Pierwszego dnia zdjęć Tomek wprowadza nas w arkana malarskiego rytuału rzecznych ablucji. Stoimy na rufie, jeden z warsztatowiczów operujący aparatem na statywie, dźwiękowiec z rejestratorem, trzeci chłopak przy operatorze, Szymon, ja (kapitan gdzieś w czeluściach kajut): Tomek rozbiera się do gaci, spuszcza na sznurze metalowe wiadro, nabiera „odrzanki”, polewa się i mydli, polewa, mydli, zakłada koło ratunkowe, uczepione liną burty, schodzi po schodkach w sam środek pędzącego nurtu, puszcza się, a rzeka momentalnie porywa go w tym kole na odległość kilkudziesięciu metrów. Później samemu wiszę tak w topieli – naturalne jacuzzi na uwięzi pchacza – brakuje jedynie drinka z palemką; wody dziwnym wrażeniem galopują przeze mnie pod prąd czasu. Ale to wszystko tylko filmowa fantazja o statku uwięzionym na mieliźnie.

– Jakbyś stał, kurwa, trzy tygodnie i szlag by cię trafiał, to wiesz co? Ocipieć idzie! Ja mówię, ja mógłbym, kurwa, tu siedzieć rok. Ale żebym był przy nabrzeżu, kurwa, to nie ma problemu, bo dzwonię, kurwa, do straży, kurwa, straż mi przywozi, kurwa, w beczkowozach wodę, ja se leję, kurwa, w zbiorniki, ja mam wodę, ja się kąpię, kurwa, w tej wodzie, mam wszystko! Życie normalne, bo agregat mam, kurwa, wiesz. A jak my, kurwa, w odrzance się, kurwa, musimy myć, kurwa! Ze sklepu, kurwa, nosić tą wodę, a patrz, kurwa, ile do sklepu jest, kurwa, (…) ile to jest z buta – trzeba jebać, kurwa. I kurwa, to dźwigaj, kurwa, żeby na herbatę, na kawę wodę mieć, wiesz. Przecież z odrzanki, kurwa, nie będziesz pił, kurwa! A firma, kurwa, chuj wie. Prywaciarz, kurwa: a co ja wam zrobię, kurwa i chuj. A najpierw chuj kazał jechać! – kapitański lament odbija się od mikrofonu, niesie ku głuchym, malowniczym brzegom i tonie w beznamiętnych wodach.

Do sklepu w oddalonej wsi każda potrzeba rodzi wyprawę: łódką na ląd, 6 kilometrów piechotą przez łąki i z powrotem – po każdy bochenek chleba, po każdą wódkę. Wódka zagłusza prognozy, które wskazują perspektywę przeklętego bezruchu aż do jesieni. Wódka walczy z nudą i pustką bezkresu nieba. Z brakiem zasięgu w telefonach, z zakłóceniami w stojącym w kubryku telewizorze, pamiętającym chyba jeszcze młodość pchacza. Wódka wywołuje też duchy. Kiedy pierwszego dnia oddalamy się od Felixa galarem, by kręcić plany totalne i ogólne, pozostawiony na pokładzie Zbyszek doznaje nagle – nasze obiektywy widzą to z daleka – jakiegoś rodzaju opętania, paranoicznego wybuchu szału, w trakcie którego wyrzuca do rzeki przyczepiony do podkoszulka mikroport do łapania dźwięku w czasie rzeczywistym. Na ujęciach ze zbliżającego się galara widać rozgorzałą na całego kłótnię z Tomkiem… ta nieuzasadniona niczym sytuacja pozostawia w nas napięcie aż do końca wizyty.

Moje myśli jeszcze dziś snują się po tych lekko zatęchłych kajutach, szukając czwartego załoganta, kiedy przypominam sobie narzekania Tomka na wszechobecne, wyskakujące jak grzyby po deszczu usterki, wymagające nieustannych napraw wadliwe przebudzenia kolejnych przyrządów, dnie spędzone nad przeciekami w maszynowni nie wiadomo po co, skoro i tak donikąd się nie płynie – i jego słowa rzucone przed naszym rozstaniem, o tym, że tak właściwie to Felix płynie do Szczecina na zezłomowanie. Ten zaklęty w burym bursztynie rzeki, przenicowanej słońcem, statek płynie bez ruchu swój ostatni rejs w kierunku Bałtyku, na cmentarz. Faktyczną wartość owej podróży – barki z cennym załadunkiem, które pamiętamy z Cigacic, odebrał jeszcze przed naszym przybyciem inny, nowoczesny pchacz, z mniejszym zanurzeniem, pozostawiając stalowego rzęcha samopas w drodze na własny pogrzeb. No, może nie do końca samopas – marynarzy jest trzech, chociaż właściwie to dwóch, bo Zdzichu już zwariował; choć właściwie to jeszcze jeden, domniemany – w każdym razie, kto wie: może kiedyś się ruszy i ktoś wtedy będzie musiał poprowadzić trupa przez śródlądzie w procesji żałobnej.

EPILOG
Pchacz stał 12km w górę Odry od Kostrzyna jeszcze następne trzy tygodnie, po czym przyszła kolejna fala, która popchnęła go dalej. Nie wiemy, czy dotarł na śmierć. Nie wiemy czy załoganci wytrzymali z nim do końca. Najbardziej ze spotkania z nimi utkwiły mi w głowie dwa szczegóły. Poczucie zapomnienia i porzucenia, przebijające w powtarzających się opowieściach o dawnych, peerelowskich czasach świetności żeglugi śródlądowej, o niesłychanej żeglowności rzek, podświetlanych nocami bojach, wskazujących mielizny… Druga rzecz to drobny niuans w twardym, żeglarskim dyskursie: opowieść Zbyszka o łasicy i „boberku”, mieszkających w obserwowanych co dzień trzcinach, stałych i wiernych towarzyszy przeklętego miejsca – opowieść osobliwie czuła w świecie utkanym z przekleństw i wspominek dziesiątek chorób wenerycznych z czasów młodości. W latach osiemdziesiątych flota polskich pchaczy liczyła sto kilkadziesiąt jednostek – obecnie liczy dwadzieścia kilka.