Felix – historia przeklętego statku, cz. 2

Tymczasem lato rozskwierczało się, wyjątkowo upalne, a Laboratorium rozhulało w najlepsze: pierwszy cykl warsztatów – „po domowemu”, w Cigacicach – i dopiero początek właściwego rejsu – dwie jednostki wzięte w dzierżawę, podobnie jak w zeszłym roku – jacht motorowy i galar; pierwszy przystanek: Krosno Odrzańskie – tam następny warsztatowy tydzień – i dalej w dół Odry, na Kostrzyn. Sami mamy problemy z żeglownością, nieustannie baczyć trzeba na ekran sonaru, a nierzadko długim wiosłem sprawdzać skarlałą okrutnie głębokość i odpychać się od dna. W drodze do Krosna osiadamy na mieliźnie tak niefortunnie, że nie pozostaje nic innego, niż nasze dwie instruktorki donieść do brzegu na barana i wezwanym na pomoc samochodem dowieźć w porę na warsztaty, zaś statki przepychać po piachu siłą własnych mięśni. Pół biedy z takimi piaszczystymi mieliznami, naprawdę nerwowo robi się na kamienistych płyciznach, które przemierzamy dużo później, już za Kostrzynem, na Warcie: głaz nie tyle unieruchomi kadłub, ile go rozpruje. No, ale tymczasem jakoś idzie, Kostrzyn wciąż przed nami, walimy do przodu, choć Odra usiana łachami (na takie piaszczyste mielizny mawia się łachy), a oznakowanie ich bojami dość liche. Przepłoszone upałem, od brzegów uchodzą w dal uroczne, łąkowe pustkowia – pogoda jak rozgrzana, pusta bańka – ciężki kryształowy kielich słońca – od spiekoty chroni nas jedynie powiew rejsu – nikła warstewka rzecznego oddechu.

Czarne bydlę wynurza się ze środka rzeki, nie zważając na tę krwiożerczą sielskość krajobrazu – wgryza się w niego z daleka monolitem kadłuba, aż mrozi oczy – potem okaże się, jak przewrotne jest te oziębłe wrażenie – aliści, w miarę jak podpływamy, ustępuje ono miejsca owej dziecięcej, zindustrializowanej radości, znanej sprzed kilku tygodni: toż to Felix! – stoi! – stoi jak byk, jak ta lala, na samym środeczku koryta, pośród zupełnie niczego, samemu Panu Bogu w puste okna. Rzucamy kotwicę przy pchaczu i długo nawołujemy. – Długo nic, pusto i cisza na pokładzie, jakby go makiem zasiał, statek-widmo, porzucili pchacza, albo i pomarli. Wreszcie z kajuty wyłania się kapitan, właściwie za bardzo nie wiadomo skąd i jak, po prostu zjawia się przy burcie, kompletnie zblazowany i w gaciach. Stoją w tym miejscu nieomal od dnia, w którym się rozstaliśmy – niewiele ponad tę szokującą informację udaje nam się z niego wydobyć; jeszcze, że Tomek wybył na wyprawę do sklepu (rozglądamy się z niedowierzaniem po malowniczym nadodrzańskim odludziu), więc wróci może i za dwie godziny; a bosmana nie ma już w ogóle; szkoda gadać, panie. – Wyciągamy od Zbyszka numer telefonu do sternika i trzeba nam ruszać dalej, wszak Kostrzyn czeka i laboratoryjne obowiązki wzywają. Ale po cichu już wiemy, jaki temat na film będzie kusił najbardziej podczas najbliższych warsztatów – temat wprost wymarzony na dokument: niezwykły, poetycki i awanturniczy. Rzeczywistość miała ochoczo przeorać nasze naiwne wyobrażenia.

Dwa dni później gnamy dziarsko z powrotem, teraz już tylko galarem – u samego styku Odry i Warty, w kostrzyńskiej marinie, za sprawą letnich suchot przemienionej w błotniste bajoro, zostawiamy jacht z całym rejsowym majdanem i ruszamy znów w rzekę, w górę rzeki, w piekło otwartego słońca. Na wstępnych spotkaniach w Kostrzyńskim Centrum Kultury, gdzie stacjonuje Laboratorium, warsztatowicze tradycyjnie podzielili się na grupy, by pod okiem instruktorów opracowywać tematykę swoich filmów. Grupa Szymona: trójka nastoletnich chłopaków (dwóch Mateuszów i Mikołaj, do których potem dołączą dwie trochę starsze Anie), za jego wskazówką decyduje się na film o pchaczu. Wystarcza jeden telefon do sternika: rano można płynąć do Felixa; jest cały dzień zdjęciowy, nocleg na jednostce i cały drugi dzień na kręcenie – powrót do mariny wieczorem. Zabieram się z Szymonem i chłopakami: będę pomagał ogarniać ten nietypowy plener zdjęciowy, bądź co bądź w całości usytuowany na pędzącej wodzie. Poza tym mam w planach dźwiękową robotę, nie tylko dla potrzeb filmu: audiosfera takiej bestii rzecznej, te oleiste bebechy, pełne kotłującej się wody, stali, smarów i maszyn – musi to być rozległa, tajemnicza kraina. Warta eksploracji auralnymi czułkami.

[ciąg dalszy nastąpi…]